Że też nie chce jej się umrzeć!

„Ty w ogóle nie wiesz, co to znaczy, całe życie z nią, całe życie jestem obciążona, czy to się nigdy nie skończy”

Poniższy urywek pochodzi z książki Katarzyny Grocholi pt. „Przeznaczeni”, wydanej w Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2016, s. 424-433.

Spojrzałam na morze – zmieniło znowu barwę na srebro i granat, było płaskie jak jezioro i na pewno zimne, bo – prócz kilkorga dzieci, które mozolnie budowały zamki na piasku, tuż przy brzegu – w wodzie nie było nikogo.

Ale stąd słyszałam, jak ludzie rozmawiają, mijając się, a ich słowa odbijają się od siebie, bez jakiegokolwiek związku. Nikt z nikim nie chciał być w prawdziwym kontakcie.

Pytania, na które nie padają odpowiedzi, i odpowiedzi na pytania, które nie padły. Wieczna mijanka.

Ja też się minęłam ze swoją matką.

– Dominik! Gdzie byłeś? Miałeś iść tylko do pokoju! – Matka łapie swojego synka za ramię.

Mamusiu, a bo Igunia zgubiła mi wiaderko! – odpowiada chłopczyk i wyrywa się.

– Zajęłaś mi leżak? – Jedna z dwóch starszych pań rozgląda się, omija mnie wzrokiem, a druga stawia koszyk i mówi:

– Nie starczyło dla mnie „Wyborczej”.

Na końcu obok małżeństwo. Ona gruba, a on chudziutki. Ona się podnosi, widać, jak fałdy tłuszczu przemieszczają się pod kostiumem, grube ramię wyciąga do torby plażowej.

– Wziąłeś krem ze stolika?

– Nie mogę złapać zasięgu – odpowiada jej mąż i nawet nie patrzy w jej stronę.

– Za chwilę będzie tu słońce, rozłożyć ci parasol?

– Za dużo zjadłam sernika, ale taki był dobry – odpowiada starsza pani.

A teraz biegną dwaj młodzi, wysportowani.

– Które mamy miejsce w turnieju? – pytają czerwone slipy i biały podkoszulek.

– Dzisiaj nie będzie padać, w każdym razie nie do południa – odpowiadają czarne.

Przebiegają obok i maleją w promieniach słońca.

– Gdzie jest moje koło? – pyta chłopczyk, wytrwale wybierający plastikowym wiaderkiem piasek i odsypujący go na bok.

– Nie możesz tu mieć nogi – odpowiada dziewczynka i zapamiętale kopie dól czerwoną, dużą plastikową łopatką.

Nikogo tu z nikim nie ma.

Wszyscy są pojedynczy.

Osobni.

Sami, tak samo jak ja, tylko wyglądają, jakby byli razem.

Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że od zachodu napływają czarne, postrzępione chmury, wyglądały jak dym snujący się zbyt nisko nad dachami. Wiatr, który pojawił się znikąd, podnosił strzępy i łączył je znowu w posępną masę.

Głuchy, daleki grzmot przetoczył się po niebie, mewy krążyły nisko nad wodą, a morze nagle upstrzyło się drobniutkimi zmarszczkami.

– Uważaj, patrz, o rany, zobacz, Krysia, Iga, Jacek, Gośka, mamo, wracamy, burza, chodźcie, szybciej, podnieś, zwijaj, bierz, tutaj, tam, zawołaj ojca, brata, siostrę, Baśkę, pada, leje, biegnij, już, już… – Nagle zakotłowało się na plaży.

Zanim pierwsze krople deszczu ciężko załomotały o ziemię, byłam już w pokoju.

Na kolację zeszłam późno. Wszystkie stoliki przy barierce, czyli z widokiem na morze, były zajęte. Usiadłam w głębi, wypatrując starej kobiety. Na talerzu przede mną leżała sola w sosie śmietanowym, ciepła i apetyczna.

Moja matka lubiła ryby.

Starą kobietę zobaczyłam dopiero przy deserach, drżącą ręką sięgała po sernik wiedeński, mały talerzyk chwiejnie starał się zachować równowagę w jej niespokojnych dłoniach, podreptała do stołu w rogu.

Usiadła przy stole, przysunęła do talerzyka z sernikiem filiżankę i trzymając w dwóch palcach – serdecznym i kciuku – kawałek ciasta, wolno podnosiła go do ust, cienkiej bezwargowej kreseczki.

Moja matka nie mogła jeść.

Następnego dnia wypatrywałam jej od samego śniadania, słońce rozpaliło poranek jasnymi promieniami, niezmącone żadną chmurą niebieskie niebo zwiastowało pogodny dzień.

Zobaczyłam ją na hotelowym tarasie. Dzisiaj miała na sobie plisowaną, długą spódnicę i niebieską bluzkę. Leżała na boku, z ręką podłożoną pod policzek, jakby nie zdawała sobie sprawy, że kości mogą poranić jej twarz.

Miała otwarte oczy i widziała to samo, co widziałabym ja, jeślibym odwróciła od niej wzrok – morze. Bezkresne, zmieniające się co chwilę, niespokojne, zielonogranatowe w tej chwili morze. I dwa olbrzymie promy, gdzieś w oddali, które przesuwały się wolno coraz dalej na północ.

Moja matka lubiła wodę. Mówiła, że woda uspokaja, że nie ma lepszego wypoczynku niż spacer po lesie o wschodzie słońca i patrzenie na zachód słońca nad wodą.

Gdyby moja matka żyła, cieszyłabym się, że patrzy na morze.

Siedziałabym koło niej i cieszyłabym się. Nie oddałabym ani jednego dnia, ani jednej godziny na martwienie się przyszłością, tylko cieszyłabym się.

Dopiero teraz zauważyłam, że zerwał się wiatr, niebo nie było już nieskazitelnie błękitne, białe chmurki zbiły się w jedną masę i zbliżały do słońca. Połowa nieba była zaciągnięta szarością, błękit bronił się jeszcze od morza, ale poczułam na plecach chłodny powiew.

Stara kobieta podniosła się i usiadła, sięgnęła po żółtawy sweter i założyła go niezdarnie, próbując parę razy trafić w rękaw. W końcu jej się udało. Potem wstała i wolnym krokiem przeszła w stronę restauracji. Stara kobieta dreptała małymi kroczkami, aż doszła do skrzynek, gdzie kwitły begonie, odwróciła się i podreptała z powrotem. I znowu, i jeszcze raz.

Zdałam sobie sprawę, że ona nigdzie nie idzie, że po prostu próbuje rozruszać stare kości, i serce mi się ścisnęło, że nie ma przy niej nikogo, ja bym poszła z moją matką na spacer, choćby po tym tarasie, tam i z powrotem, może byśmy zamieniły parę słów, jeśli miałaby siłę, a może nie, ale nie zostawiłabym jej, żeby potem nie żałować, że mnie nie było, kiedy jeszcze mogłam być przy niej.

Tak jak żałuję ostatnich lat.

Co robiłam? Gdzie byłam? Na co czekałam? Co ona robiła? Jak żyła? Na co czekała?

Na mój cotygodniowy telefon: co słychać?

Stara kobieta odetchnęła parę razy ciężko, zatrzymała się, spojrzała na morze, ja spojrzałam również – zmieniło barwę na piaskową, jakby spłynęła przed chwilą lawina błota, albo jakby nagle zmieniło się w Jangcy, może inaczej padały promienie słoneczne, a może woda bardziej wzburzała się od dna.

Stara kobieta patrzyła i ja także odwróciłam głowę, promów już nie było, jak okiem sięgnąć, morze było puste, żadnego żagla, żadnego statku, żadnej boi, tylko białe grzywy tworzące się przy brzegu i ostry błękit nabierający tej szczególnej barwy w zderzeniu z szarawą powłoką nadciągających chmur.

Zobaczyłam, że ludzie na plaży zaczynają składać parawany i trzepać koce tak szybko, jak je rozkładali, kobieta z podwójnym bliźniaczym szarym wózkiem włożyła na siebie dres i założyła kaptur, po czym naciągnęła budki nad głowy bliźniaków.

Nagły chłód spowodował, że zadrżałam. Ludzie lawiną skierowali się ku wąskiemu przejściu do miasta. Jakieś dzieci pokazywały rodzicom coś na niebie, odwróciłam głowę w prawo i zobaczyłam olbrzymią czarną chmurę nadpełzającą z przeciwnej strony.

Błyskawica przecięła czerń, cicha, bezgrzmotna, straszna. Plaża szybko opustoszała, na drewnianych schodkach zrobiło się tłoczno, goście hotelowi też woleli zacisze budynku.

Stara kobieta zniknęła. Na stoliku przy jej ratanowej kanapie została książka, Pamiętniki Sylvii Plath.

Usiadłam w koszu i owinęłam się ręcznikiem. Morze pobrązowiało, a grzywy fal wydawały się srebrzyste. Od horyzontu napływał granat, jakby tam gdzieś daleko rozlał się atrament i powoli zabarwiał wodę na inny kolor.

Miałam przed sobą spektakl. Wiało, ale niewiele mnie to obchodziło. Przezroczyste kurtyny, które kelnerzy w popłochu spuścili w restauracji, tłukły głucho o bariery. Nie padało, ale morze sczerniało również, bałwany podwoiły się i zbielały, niebo było stalowoszare, a czarna chmura powoli połykała świat. Ciche mruczenie grzmotów zwiastowało potężną burzę. Błyskawice przecinały niebo w poziomie, jakby umówione z wodą, że jej nie tkną. Nagły huk przeszył powietrze – jakby ktoś nagle przedarł olbrzymie prześcieradło. Nie lubiłam takich grzmotów, przerażały mnie najbardziej.

Moja matka lubiła burze – mówiła, że uczą człowieka pokory wobec świata.

Nie padało, siedziałam skulona w dużym wiklinowym koszu i czułam się, jakbym była sama na świcie. Czego chcę? Bo przecież mogę wszystko. Po co tu przyjechałam?

Powietrze zamarło w bezruchu i wtedy usłyszałam te dwa głosy za sobą, A może obok?

– Zobacz jak jest pięknie. – To nie był głos młodej kobiety, ale słychać w nim było zachwyt.

Exactly – powiedział męski głos.

– Nikogo nie ma, tylko my – powiedział damski głos, a ja skuliłam się jeszcze bardziej.

Wonderful – odpowiedział męski.

– Cóż za przedstawienie! – westchnął damski, a ja poczułam sympatię do tych dwóch osób, które gdzieś tam koło mnie stały i czuły tak samo jak ja. Były razem. – Świat jest taki niesamowity, isn’t it?

Yes – westchnął męski głos.

Błysnęło i prawie natychmiast rozległ się suchy, głośny grzmot.

– No nie, zostawiła książkę, patrz! Boże, jak ja mam tego dość! Że też nie chce jej się umrzeć!

Unfortunately – dodał męski głos i roześmiał się.

– Ty w ogóle nie wiesz, co to znaczy, całe życie z nią, całe życie jestem obciążona, kurwa, czy to się nigdy nie skończy.

Następnego dnia rano wypogodziło się na dobre. Niebo było bezchmurne, a na śniadaniu nie było starej kobiety. Ratanową kanapę zaanektowała rodzina z dwójką dzieci. Nie widziałam jej również na obiedzie, chociaż zajęłam dobre miejsce tuż przy wejściu i siedziałam tam prawie dwie godziny. O dziewiętnastej skończyli wydawać posiłek, powoli sprzątali ze stołów, dopiero wtedy wyszłam.

Nazajutrz spakowałam się i wrzuciłam rzeczy do samochodu. Wyjechałam za barierkę i skierowałam się na drogę do domu. Po prawej stronie morze żegnało mnie spokojnością. Od strony zatoki nie było żadnych fal. Woda była granatowa, wygładzona i na pewno cieplejsza niż od strony otwartego morza. Białe żagle sunęły po powierzchni.

Moja mama lubiła żeglować.

Kiedyś. Dawno. W innym życiu.

Nigdy nie byłam z nią na żaglach.

Po co tu przyjechałam?

Nie jestem swoją matką.

Tekst ten, autor bloga dedykuje:

Zwolennikom neoeugeniki

Zwolennikom eutanazji

Zwolennikom transhumanizmu

Wszystkim zindoktrynowanym

Wszystkim zmanipulowanym

I wszystkim, ponad wszystko kochającym pieniądz

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Biegnąca z Wilkami

Postaram się przystępnie przedstawić motywy zawarte w 'Biegnącej z Wilkami' dr Clarissy Pinkoli Estes.

Ja i Moje Oczy

blog dla osób interesujących się tematyką leczenia oczu

Jestem za, a nawet przeciw

...obok przemyślanych i inteligentnych listów zdarzało mi się otrzymywać zapalczywe, choć niezbyt mądre listy od dwóch grup dogmatyków – fundamentalistycznych chrześcijan i fundamentalistycznych materialistów. Fundamentalistyczni chrześcijanie wmawiali mi, że jestem sługą Szatana i powinienem jak najszybciej poddać się egzorcyzmom. Natomiast fundamentalistyczni materialiści informowali mnie, że jestem kłamcą, szarlatanem, oszustem i skandalistą. Mimo tych drobnych różnic listy te były do siebie zdumiewająco podobne. Obie grupy cechowała niepohamowana zaciekłość oraz całkowity brak poczucia humoru, życzliwości i dobrych obyczajów. Te dwie straszne sekty jedynie pomogły mi utwierdzić się w agnostycyzmie, dostarczając dalszych dowodów na rzecz mojej tezy, że kiedy dogmat zakrada się do umysłu, ustaje wszelka aktywność intelektualna. [Robert Anton Wilson "Kosmiczny spust czyli tajemnica Iluminatów"]

VANDALSKIE i LECHICKIE KORZENIE

"Czytaj wszystko, słuchaj każdego. Nie dawaj wiary niczemu, dopóki nie potwierdzisz tego własną wnikliwą analizą" William "Bill" Cooper

PRACowniA

Obudzić się. To wszystko.

Thoughts NOT Mine

gang stalking / electronic harassment / kontrola umysłu / gaslighting / targeted individual

savoir vivre i nowa klasa średnia

savoir vivre to piękne życie

Zdrowie w naturze

Twoje pożywienie powinno być lekarstwem, a twoje lekarstwo powinno być pożywieniem

Queen Poland

The biggest polish site about Queen

%d blogerów lubi to: