„Plac Zbawiciela”

„Plac Zbawiciela” jest filmem o przemocy domowej wobec kobiet, które w społeczeństwie polskim doby transformacji ustrojowej traktowane są jak pariasi. W filmie pojawiają się motywy pogardzanej pracy kobiet w gospodarstwach domowych, „degradacji i wykluczenia z rynku pracy”, a także krytycyzm wobec prorodzinnej polityki kryjącej w sobie brutalność skierowaną przeciwko kobiecości. W Placu Zbawiciela pojawiają się też aluzje do aborcji, gdyż Teresa wyrzuca synowej, że ta nie zdecydowała się na usunięcie ciąży: „Matka nienawidzi synowej za to, że macierzyństwo ją uszczęśliwia, […] że nie nauczono jej logiki winy i kary, jaka w tym świecie spada na kobietę za jej seksualność i płodność.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Plac_Zbawiciela_(film)

Film rozpoczyna się sceną, w której w mieszkaniu postarzałej Teresy, do której wprowadzili się przedtem jej syn Bartek oraz synowa Beata, dzwoni telefon. Odebrawszy telefon, Teresa dowiaduje się o tragedii związanej z synową, po czym wydobywa się z niej rozdzierający krzyk.

Akcja filmu przenosi się do idyllicznie przedstawionej Warszawy. Młoda kobieta Beata przemierza plac Zbawiciela wraz z dwójką złotowłosych synów, Dawidem i Adrianem, po drodze kupując kwiaty. Na co dzień Beata wychowuje dzieci, podczas gdy Bartek pracuje w firmie montującej klimatyzatory. Przed odebraniem kluczy do własnego mieszkania, aby zaoszczędzić trochę pieniędzy, wprowadzają się do Teresy. Jednakże wychodzi na jaw, że deweloper zbankrutował, a pieniądze będące własnością Teresy przepadły. Młodzi zostają w mieszkaniu matki/teściowej przy placu Zbawiciela.

Uwikłany w zależność od władczej Teresy zazdrosnej o syna, Bartek zaczyna się pastwić psychicznie nad Beatą. Gdy ta wydaje 500 złotych na przedszkolne przybory dla dzieci, Bartek wszczyna awanturę i odbiera żonie kartę do bankomatu. Teściowa natomiast nie pozwala Beacie podjąć pracy, odmawiając odebrania dzieci z przedszkola.

Wkrótce Bartek wyprowadza się do kochanki, wnosząc sprawę rozwodową. Zdesperowana Beata, gdy zostaje zmuszona do wyprowadzenia się z mieszkania teściowej, próbuje otruć synów, a sama podcina sobie żyły. Jednakże trójka zostaje odratowana, a Beacie za usiłowanie zabójstwa na dzieciach grozi piętnaście lat więzienia.

Targany wyrzutami sumienia Bartek ostatecznie przedstawia autentyczną wersję wydarzeń, a biorąc winę na siebie zostaje postawiony w stan oskarżenia.

Przemoc w rodzinie

Trzepot skrzydeł

Poniższy tekst jest kompilacją fragmentów, wybranych z książki Katarzyny Grocholi pt. „Trzepot skrzydeł”, wydanej w Krakowie, w 2008 roku, przez Wydawnictwo Literackie.

[…]

Czuję jeszcze czasami trzepotanie, ale to nie strach, to może skrzydła, jeszcze zwinięte we mnie, jeszcze nie rozprostowane, a może to skrzydła Opiekunów, już nie boję się tego trzepotu, tylko wsłuchuję się, żeby rozpoznać, gdzie mnie prowadzi.

[…]

Świata nie ma, kiedy ktoś cię upokarza. Świat zewnętrzny przestaje istnieć. Nie ma rodziców, nie ma prawników, nie ma terapeutów, nie ma przyjaciół. Jesteś tylko ty i on. Oprawca. Od niego zależy, czy się wyśpisz, czy nie, czy zatrzyma samochód na stacji benzynowej, jeśli chce ci się siusiać, czy nie, i będziesz musiała cierpieć do samego domu, czy dzień będzie udany, czy nie. Czy przeżyjesz ten dzień, czy nie.

O tym wszystkim wiesz dopiero wtedy, kiedy z nim żyjesz. Nie wcześniej. To jest tak, jak doświadczenie śmierci, o tym, jaka ona jest, wiedzą tylko ci, co już umarli.

[..]

Ślub był właściwie udany, bardzo chciałam, żeby również na samochodzie były blade róże, och tak, wiem, że to sztampa i kicz, ale tak sobie kiedyś wymyśliłam, a w tym dniu marzenia się spełniają, ale on nie kupił tych róż, bladych, które miały leżeć na masce przed moimi oczami, przed oczami innych, tych róż, które miały przyjmować uśmiechy ludzi: „patrz, patrz, do ślubu jadą”, nie kupił, taka drobnostka, takie nic, taka obietnica bez spełnienia, nieważna.

– O jej, zapomniałem, to co, przecież nie rozmyślisz się z powodu takiego głupstwa? Nie psuj nam tego specjalnego dnia! No, nie wygłupiaj się… No, kochanie…

I kochanie udało, że to nic ważnego, chociaż to było dla kochania ważne.

[…]

Powiem Ci, co usłyszałam, jak obwieściłam, wszem i wobec, że wychodzę za mąż.

– Wiesz, co robisz?

– Zdajesz sobie sprawę, że małżeństwo to odpowiedzialność?

– Czy nie za wcześnie?

– Przecież go prawie nie znasz…

– Co ty wiesz o życiu, dziecko…

– Zastanów się…

Jakby nie pamiętali, że jestem dorosła, że przecież już kiedyś czekałam, że już przecież kiedyś kochałam, on nie był moją pierwszą miłością, pierwszy był Marek i już kiedyś uważałam, już było za wcześnie, już kiedyś prawie go nie znałam, przez dwa lata nie zdążyłam go poznać, już to wszystko było za mną, że nie wiem nic o życiu, teraz był czas, żeby się nie zastanawiać. Teraz to było naprawdę. Chciałam wyjść za mąż. Chciałam, żeby został moim mężem. Nie potrzebowałam niczyjego pozwolenia, ani rad. Byłam dorosła.

[…]

A ktoś, nie powiem Ci kto, powiedział, ale tak jakoś inaczej powiedział, nie tak, że się ucieszyłam:

– No, ty zawsze miałaś szczęście!

Nikt nie powiedział:

– Cudownie!

– Jak pięknie jest kochać!

– To fantastycznie!

I nikt nie powiedział o moim przyszłym mężu:

– Ten to ma szczęście!

Nikt.

[…]

– Jeśli już raz był żonaty to…

– Nieprawda! – krzyczałam, nie słuchałam, ale krzyczałam. – Nieprawda!

Bo ja, tylko ja, wiedziałam, jakie to było dla niego bolesne, jakie straszne, tylko mnie i nikomu innemu opowiedział o cierpieniu i rozczarowaniu i nikt, nie miał prawa osądzać go tylko dlatego, że miał już w życiu jakąś żonę…

– Och, ona? Krysia się zupełnie nie liczyła – mówiła matka mojego przyszłego męża i gładziła mnie po ramieniu – nie warto o czymś takim wspominać – jej usta wydymały się, jakby mówiła o śluzowatych stworzeniach, przezroczystych jadowitych meduzach – bardzo go skrzywdziła, bardzo, on na to sobie nie zasłużył, prawdę powiedziawszy, ona była niezrównoważona emocjonalnie, ale kto to mógł wiedzieć? Takich rzeczy się nie wie wcześniej…

[…]

A potem matka mojego męża pocałowała mnie właściwie serdecznie i powiedziała, że to był bardzo ładny ślub, chociaż ślub z Krystyną był bardzo piękny, i przyjęcie jest miłe, chociaż przyjęcie na pierwszym ślubie syna było w wynajętej restauracji, ale tu też jest doprawdy bardzo, ale to bardzo miło, i że z całego serca życzy mi szczęścia, bo jej syn jest cudownym chłopcem, choć, oczywiście Krysia tego nie umiała docenić, ale ja, ja to co innego…

A potem mój teść pocałował mnie serdecznie w oba policzki, klepnął w pośladek i powiedział:

– Zdrowia, zdrowia i szczęścia, bo zdrowie to i ci na Kursku mieli, ha, ha!

I dodał:

– Krysiu

Choć mam na imię Hanka.

[…]

Zawsze byłam ufna, łatwowierna, naiwna. Dzisiaj tak myślę, żeby się usprawiedliwić.

[…]

Wyszłam za mąż, mimo że miałam być drugą żoną.

To dobrze, myślałam, to dobrze, bo on już wie, już się sparzył, już zrozumiał, co jest ważne, jakich błędów nie popełniać, a ja wierzę i ufam, i nie boję się, bo przecież nie przekreśla się człowieka tylko dlatego, że był kiedyś żonaty, niedawno, krótko, to była pomyłka, człowiek nie jest doskonały, popełnia błędy, te błędy go nie dyskwalifikują, przecież człowiek może się pomylić, a poza tym to ona odeszła, on nie był winny rozpadu tego związku, tamta żona, Krystyna, odeszła i nawet mu o tym nie powiedziała, nie uprzedziła, nic, po prostu wrócił pewnego dnia do domu, a tam nie ma jej rzeczy, nie ma tapczanu, który był jej i jej książek nie ma ani płyt, i ani słowa; sąsiedzi wiedzieli o wszystkim, pomagali jej się pakować, znosili ten tapczan i te pudła, a on nie wiedział o niczym, jakie to straszne musiało być, jakie upokarzające być musiało, więc to nie jego wina była, to małżeństwo nieudane i krótkie.

I jak się potem nie mógł pozbierać, jak próbował rozmawiać, szukać kontaktu, wyjaśniać, ale niczego się nie dowiedział, bo ona odkładała słuchawkę, kiedy dzwonił, a potem zastrzegła numer, a potem zagroziła, że złoży doniesienie, jeśli ją będzie nękał, nękał! Tylko pozew przyszedł i w sądzie się spotkali. A przecież ludzie powinni się rozstawać w przyjaźni, prawda? Ale ona nawet tej szansy nie dała, tak jakby nie była żoną, jakby przechodniem była w jego życiu.

I on naprawdę cierpiał, właśnie wtedy go poznałam, smutny był i zrozpaczony był, aż bolało patrzeć.

– Już nie zaufam żadnej kobiecie – mówił, a ja wiedziałam, że to nieprawda, bo zobaczy, jaka jestem, zobaczy, że nie wszystkie kobiety są takie.

Chociaż jeszcze wtedy go nie kochałam, tylko serce mi się krajało, że mężczyzna tak może cierpieć.

I nienawidziłam Kryśki, tej jego pierwszej żony, i zazdrościłam jej, że tak ją kochał.

[…]

I kiedy tuż przed północą podniósł słuchawkę w moim domu, a był dopiero trzeci raz u mnie i nie prosiłam, żeby odbierał telefony, byłam tylko zdziwiona, że ktoś tak późno dzwoni. Nikt się nie odezwał, a on, mój przyszły mąż, wiedział już o Marku i śmiał się z niego, już wcześniej mówił: całe szczęście, powinienem mu wysłać kwiaty, że mi Ciebie zostawił, a ja kwitłam od tych słów… więc odebrał telefon i powiedział:

– Halo, halo.

I nikt się nie odezwał po tamtej stronie.

I wtedy powiedział:

– Nigdy więcej tutaj nie dzwoń, skurwysynu.

Patrzyłam, jak odkłada słuchawkę, jak uśmiecha się do mnie, wyciąga rękę i głos jego mięknie, przytula mnie do swojej koszuli, obejmuje ciasno i szepcze:

– Nikt już nie będzie Cię niepokoił.

Nareszcie! Mężczyzna, który wie, jak postawić granice, jak dać odpór przeszłości, nawet ten skurwysyn zbytnio mnie nie zabolał.

Nie. To był objaw głębokiej czułości. On chciał mnie chronić.

Poczuł się jak u siebie – cieszyłam się w duchu. – U mnie jak u siebie, to dobry znak.

Marek, z którym byłam dwa lata, nigdy nie odbierał u mnie telefonów. Więc jakoś mi to zaimponowało.

[…]

Oto zakazał im wszystkim nękać mnie głuchymi telefonami, opiekuje się mną, Troszczy się o mnie.

Cieszyłam się. Idiotka.

[…]

Byłam szczęśliwa.

Wiesz, myślę, że od zawsze szukałam kogoś, kto się mną zaopiekuje, przy kim będę się czuła bezpiecznie, niełatwo się do tego przyznać, bo to brzmi jak wyznania pensjonarki. Ale nie chcę Cię oszukiwać, nikogo… A może siebie? Nie tym razem.

Więc przy nim czułam się ważna, jedyna i chroniona.

[…]

Skąd miałam wiedzieć, że tak się potoczy moje życie? Że jak szukasz kogoś, kto cię ma ochronić i opiekować się tobą, to wysyłasz sygnał – jestem słaba?

Skąd miałam wiedzieć, że mężczyzna, który obejmuje cię i mówi: kocham cię, bądź moją żoną, będzie cię bił?

Biją mężczyźni analfabeci, tacy co nie znają francuskiego i angielskiego biegle, nie tłumaczą zawiłych tekstów, nie kończą fakultetów, nie pracują na dobrych stanowiskach. Biją ci, których nikt nie lubi. Biją prostacy spod budki z piwem, śmieją się, zapluwając przez zepsute zęby, bo jak się żony nie bije, to jej wątroba zgnije, tacy biją.

[…]

Naprawdę nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. I jak długo po ślubie?

Może wtedy, kiedy przyjechali na obiad jego rodzice.

Podałam polędwicę wołową zapiekaną w ziołach, tak jak chciał, a stół był pięknie przykryty białym haftowanym obrusem, myślisz, że mam za dużo pieniędzy, który kupiłam pod Pałacem Kultury, owalny ładny obrus i serwetki przy każdym nakryciu, i kwiaty na stole, o niczym nie zapomniałam.

– Wybaczcie – powiedział do swoich rodziców. – Hanuś następnym razem się postara.

Nienawidzę, kiedy mówi do mnie Hanuś, ale Hanuś się postara, oczywiście, mięso nie jest tak miękkie, a jego rodzice patrzą na niego z czułością, podniósł się, żeby otworzyć wino, wino dobre, nie byle jakie, zna się na winach, ale zapomniał dekantować, zapomniał otworzyć wcześniej i może dlatego jest zły na tę polędwicę, stanął za mną, pochylił się, pocałował mnie w czubek głowy, hej, zobaczcie:

jaką jesteśmy fajną dobraną parą!

jak kocham swoją żonę!

jak czule mówię do swojej żony, mimo że nie upiekła dobrze tej polędwicy!

mimo że mówiłem uważaj!

– pewno się zamyśliła, idiotka jedna, polędwicę krótko się dusi, potem twardnieje, a tak prosiłem, specjalnie mi zależało, mieliście przyjechać, to dla mnie święto, chciałem zrobić wam przyjemność, no, ale się nie udało dzięki mojej żonie, która nie umie się postarać, nie chciała się postarać, nawet o winie zapomniałem przez nią, już ja przywołam ją do porządku, jak wyjedziecie, ale…

A na razie pocałunek w czubek głowy:

– Prawda, kochanie?

Więc kochanie potakuje, uśmiecha się, i jego rodzice się uśmiechają, stanowimy taką ładną parę.

– Przykro mi – powiedział, siadając naprzeciwko mnie i biorąc moją dłoń w swoją rękę – po prostu to zlekceważyłaś. A w każdą robotę trzeba włożyć trochę serca. – I jego ręka ścisnęła mnie mocno, o wiele za mocno. – To się nie powtórzy, prawda?

– Prawda – powiedziałam krótko, bo coś zamarzło we mnie wtedy po raz pierwszy i wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku.

[…]

Tak, to chyba wtedy zobaczyłam w nim coś przerażającego, ale mogło mi się przecież wydawać, a polędwica była za długo duszona, teraz wiem, że polędwica to delikatne mięso, wystarczy smażyć trzy minuty, na mocnym, ale nie za mocnym ogniu, można dodać masła do oliwy, tłuszcz jest wtedy gorętszy a mięso smaczniejsze.

I właściwie miał rację.

Mięso było trochę za twarde.

Nie postarałam się.

[…]

Za każdym razem się starałam i za każdym razem, to staranie było niewiele warte.

Ale jeszcze nawet nie wrzeszczał, tylko ten jego specjalny wyraz twarzy…

[…]

– Ty zawsze jesteś niezadowolona – powiedział kiedyś, spoglądając na mnie z pokoju, z kanapy, a ja zmywałam naczynia i po prostu nic nie mówiłam. Nie byłam ani zadowolona, ani niezadowolona, byłam myjąca naczynia.

– Mylisz się – powiedziałam i włożyłam do zlewu patelnię.

– Przecież widzę.

– Właśnie źle widzisz. – Z patelni nie chciał zejść tłuszcz, więc spryskałam dno płynem do mycia naczyń, żeby się „odtłuściła”, i zakręciłam kurek.

– Co ja robię, że jesteś taka? – smutny głos mojego męża zabrzmiał głośniej bez szumu wody.

– Jaka? – zapytałam i sięgnęłam po ścierkę do naczyń, bo jeszcze nie widziałam problemu.

Jeszcze wtedy odpowiedziało mi milczenie. Wytarłam talerze i schowałam do górnej czerwonej szafki, której nienawidziłam.

– Sama wiesz, jaka! Zastanów się nad sobą!

Już stał w drzwiach, ubrany w kurtkę, ze złym spojrzeniem.

Musiało chodzić o coś sprzed wycierania, usiłowałam sobie przypomnieć, bo nie wiedziałam, naprawdę nie wiedziałam.

– O co ci chodzi? – zapytałam, a pytałam jeszcze wtedy odważnie.

– O nic! Dobrze wiesz! – krzyknął i zamknął za sobą drzwi.

Zostałam w tej kuchni i w tym mieszkaniu sama, zdziwiona, tak, tylko zdziwiona, nieprawdopodobnie zdziwiona.

A potem zaczęłam się zastanawiać, co takiego zrobiłam, że wyszedł.

[…]

– Czy ty jesteś dobra dla niego? – zapytała moja mama.

– Oczywiście – powiedziałam.

I nie zapytała, czy on jest dobry dla mnie.

[…]

I dlatego o moją rodzinę postanowiłam walczyć. To, jaka będzie zależało tylko ode mnie.

Jeśli będę dobra, on też będzie dla mnie dobry.

On. Mój mąż. I przede wszystkim będzie.

[…]

Kiedy pierwszy raz mnie odepchnął tak mocno, że uderzyłam głową o ścianę w przedpokoju i upadłam, byłam pewna, że żałuję.

Wziął mnie na ręce, zaniósł do sypialni, przybiegł z lodem, Tulił mnie do siebie i mówił:

– Ja nie rozumiem, jak mogłem… Nie chcę żyć… – powtarzał z głową wtuloną w moje włosy, słyszałam gorączkowy, żarliwy i och! jakże prawdziwy szept: – Przysięgam, przysięgam, to się nigdy nie powtórzy, nie wiem, co się ze mną dzieje, tak bardzo cię kocham, tak bardzo nie chcę cię stracić…

I powiedziałam, głaszcząc go po głowie, po jego głowie, która go nie bolała, która nie pękała, która nie puchła:

– Nie martw się, kochany, nic się przecież nie stało…

Najgorsze, że byłam z siebie dumna. Że jestem taka dobra.

[…]

Skoro nie usłyszałam wcześniej dzwonów ostrzegawczych, to widać wina była we mnie.

[…]

Potem, co prawda, jak on mnie kopał i leżałam twarzą na dywanie, udawałam, że mnie nie ma, żeby jeszcze kopnął tylko raz, no, może dwa, bo jak się nie będę ruszać, to jaka będzie przyjemność z tego kopania, że kawy w domu nie było, leżałam cichusieńko na tym dywanie i w ogóle się nie ruszałam, i rzeczywiście, kopnął tylko trzy razy, a potem mnie zostawił, jeszcze tak chwilkę leżałam, bo to był właśnie ten moment, żeby Tamten mnie ocalił, ale go nie było.

Zapomniał? A może myślał, tak jak ja, ze skoro wyszłam za mąż, to mąż mnie ocali czy wybawi, czy uratuje, czy będzie chronił? Ale mężowie, których znałam, nie byli od chronienia, tylko od bicia i krzyków. Najpierw mówili: nigdy cię nie skrzywdzę. I to już być powinno dzwonkiem alarmowym, bo przecież człowiek, który nie ma zamiaru skrzywdzić, tak nie mówi.

No, czy jeśli spotykasz człowieka, to zapewniasz go od razu, że go nie zabijesz?

Że mu nie przypalisz papierosem brzucha?

Albo uprzedzasz kobietę, że jej nie uderzysz w twarz, tylko dlatego że włożyła spódnicę, a nie spodnie, a przecież tak prosiłeś?

Albo że jej nie uderzysz w głowę otwartą dłonią, mocno, w sam czubek, tak, że gwiazdy przenoszą się do tęczówek, bo włożyła spodnie, nie spódnicę, a przecież tak prosiłeś?

Albo, że nigdy nie powiesz, ty zjebana kurwo?

Prawda że nie?

[…]

Jak już zaczęłam, to chcę Ci powiedzieć o wszystkim, o czym dotychczas nie ośmieliłam się mówić.

Nie wiem dlaczego. Ale to jasne, że nie można przyjść do rodziców i powiedzieć:

– Mąż mnie bije

– Podbił mi oko.

– Wykręcił rękę.

– Uderzył.

– Uderza.

[…]

Ale nie mogłam o tym nikomu powiedzieć.

Bo będzie tak, jak w życiu bywa – skoro cię uderzył, to znaczy, że miał powód.

Przecież bez powodu nikt nikogo nie uderza.

Znienacka.

Krzesłem.

Pięścią.

Otwartą dłonią.

W nocy.

Rano.

Przed obiadem.

W łazience.

Nie, to przecież niemożliwe.

Sama się o to prosiła.

Może to lubi?

Gdyby nie lubiła być bita, toby odeszła, prawda?

[…]

Ręka boli, ale to nie przeszkadza, nie tak bardzo jak na przykład podbite oko.

Kto w tym państwie miewa podbite oczy?

Prostytutka?

Wariatka?

Awanturnica?

Złodziejka?

Alkoholiczka?

Otóż kobieta, która szuka guza.

Kobiety, które tak bardzo krzywdzą mężczyzn, że ci, mimo anielskiej cierpliwości, nie mogą nad sobą w końcu zapanować.

Prowokatorki.

Oraz, oczywiście idiotki, które mogły się zderzyć z otwartą szafką w kuchni.

Zawsze są jakieś otwarte drzwiczki, w które te kobiety trafiają tak nieszczęśliwie czołem lub okiem.

[…]

Siedzi naprzeciwko, głowa zwieszona, twarz skryta za mocnymi dłońmi. Nie widzę jego oczu, spomiędzy palców płyną słowa smutne i spokojne:

– Dlaczego ty mnie do tego zmuszasz? Co ja ci takiego zrobiłem.

[…]

Więc nie zauważyłam, że coś się dzieje z nim, tylko sądziłam, że coś się dzieje ze mną.

– Myliłam się co do niego – powiedziała Joasia – jest wspaniały.

– Nie miałam racji, wygląda na to, że on bardzo dba o dom – powiedziała moja matka.

– Ale masz cudownego męża – jęknęła w pracy Ewelina, kiedy przyszedł kiedyś po mnie.

Więc to ze mną coś było nie tak.

[…]

Łazienka nie ma okna, nie ma wyjścia. Ale można puścić wodę, wtedy nie słychać płaczu, można szerokim strumieniem puścić wodę do wanny.

– Co ty tam robisz?

– Piorę. – Odpowiedzieć szybko, zamoczyć sweter, a woda szumi i szeleści, połyka twoje łkanie i to może trwać i trwać, dopóki zwykle oporne łzy chcą płynąć.

A potem:

– Jak ty wyglądasz?

– Zatarłam oko proszkiem.

– Musisz uważać – troskliwe.

No jasne, że muszę uważać. Nie robię nic innego, tylko uważam. Uważnie patrzę i uważnie się budzę, uważnie wychodzę i z lękiem wracam, uważnie się kładę i uważnie udaję, że czytam. Uważnie gotuję, uważnie się myję, uważnie nakładam make-up na podbite oko i ślady na szyi.

Uważnie, żeby nie zauważył.

[…]

A ja byłam właściwie, szczęśliwa. Właściwie, to dobre słowo. Taka przykrywka do wszystkiego, czego nie chcemy powiedzieć. Właściwie dobrze, to znaczy, nie, nie dobrze, ale prawie źle, ale po co Ci o tym mówić.

[…]

Wszystko zmieniło się z dnia na dzień, kiedy złamał mi rękę.

Uderzył mocno, z całej siły drążkiem do ćwiczeń, półtorakilogramowym.

Wszedł tylko na chwilę do sypialni, myślałam, że skończył ćwiczyć i poszedł się przebrać, że nie ogląda telewizji, i zmieniłam program.

– Zawsze mi robisz na złość – wrzasnął i chwycił mnie jedną ręką, a w drugiej miał ten odważnik, czy tam coś, nie wiem, jak to się nazywa.

I uderzył.

[…]

Nie pamiętam pór roku ani miesięcy, nie pamiętam nic oprócz napięcia i poczucia, że po pracy trzeba jak najszybciej być w domu. Świat robił się coraz odleglejszy, nie pamiętam pogody, deszczów, mrozów i upałów, nie pamiętam zwierząt ani ptaków, nie pamiętam sąsiadów ani znajomych, którzy przecież od czasu do czasu bywali. Jego znajomych. Nie pamiętam zapachów, ani smaków, obejrzanych filmów ani wiadomości.

Pamiętam jak wykrzywiała mu się twarz, jak podnosił się prawy kącik ust, wiedziałam, że za chwile wybuchnie, więc uśmiechałam się, siadałam blisko niego, przytulałam się, a czasem głaskałam go po udzie, wtedy jeszcze seks odraczał jakiś nieświadomy wyrok za coś, czego nie byłam w stanie przewidzieć.

[…]

Świata nie ma, kiedy ktoś cię upokarza. Świat zewnętrzny przestaje istnieć. Nie ma rodziców, nie ma prawników, nie ma terapeutów, nie ma przyjaciół. Jesteś tylko ty i on. Oprawca. Od niego zależy, czy się wyśpisz, czy nie, czy zatrzyma samochód na stacji benzynowej, jeśli chce ci się siusiać, czy nie, i będziesz musiała cierpieć do samego domu, czy dzień będzie udany, czy nie. Czy przeżyjesz ten dzień, czy nie.

O tym wszystkim wiesz dopiero wtedy, kiedy z nim żyjesz. Nie wcześniej. To jest tak, jak doświadczenie śmierci, o tym, jaka ona jest, wiedzą tylko ci, co już umarli.

[…]

Całość fabuły oraz finał przykrych losów bohaterki, w cytowanej książce.

trzepot-skrzydel

Przemoc w rodzinie

Przemoc domowa inaczej

Przemoc psychiczna

Bierna agresja

To ja… Narcyz się nazywam!

Stara kobieta

Zazdrościłam wszystkim, którzy mieli matki. Patrzyłam na małe dzieci w ramionach tych młodych kobiet i wiedziałam, że one jeszcze nic nie rozumieją, one myślą, że będzie tak zawsze.

Poniższy urywek pochodzi z książki Katarzyny Grocholi pt. „Przeznaczeni”, wydanej w Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2016, s. 415-422.

To była bardzo stara kobieta. Może miała dziewięćdziesiąt lat, może więcej, a może tylko wyglądała na dziewięćdziesiąt lat, albo na sto nawet. Była obeschnięta na wiór, wysuszona jak pomidory suszone na słońcu, jej nogi i ręce przypominały patyczaki, których nienawidziłam jako dziecko i których bałam się jako dojrzała dziewczyna.

Stara kobieta leżała na ratanowej kanapie, na tarasie luksusowego hotelu. Widok z tarasu na morze zapierał dech w piersiach. Jak okiem sięgnąć, nic, tylko woda, układająca się w jaśniejsze i ciemniejsze pasma, dotykająca delikatnie horyzontu, a momentami wtapiająca się weń niepostrzeżenie, jakby niebo zatracało swój właściwy kolor na rzecz wody lub woda rezygnowała ze swojej dotykalnej rzeczywistości na rzecz nieba. Słońce tego dnia było łaskawe, schowane za szaroniebieskim cienkim pancerzem chmur, jedynie rozświetlało świat, nie tworząc cienia.

Na drewnianym tarasie, oddzielonym od pospólstwa pasmem wydm, małych sosenek i białych barierek, plastikowe łóżka były jeszcze puste. To nie był dzień na opalanie, to był dzień odpoczynku, leniwego nicnierobienia, niesmarowania się kremami przeciwsłonecznymi, nieodwracania się na kocach i leżakach, żeby przybrązowić teraz tył, a teraz przód, to był dzień podarunek po całotygodniowym skwarze, od którego wcześniej nie można było uciec.

Stara kobieta leżała na wznak, ubrana w białe spodnie i białą bluzkę, zapadającą się w miejscu, gdzie niegdyś musiały być piersi. Kolana uwypuklały się pod drogą tkaniną, jakby ktoś włożył pod spód jabłka, żylaste ręce leżały spokojnie obok, fioletowe ze starości, z żyłami jak postronki, upstrzone brązowymi plamami skóry. Nos sterczał ze starej twarzy prosto w zachmurzone niebo, ostry i wyraźny. Głębokie oczodoły ukrywały zamknięte oczy. Gdyby nie to, że bluzka unosiła się od czasu do czasu, wypchnięta pobranym powietrzem, i opadała, myślałabym, że nie żyje.

Na białej poduszce, koło siwych włosów zmumifikowanej kobiety, przysiadł motyl, paź królowej, rozpostarte skrzydła pokazywały kolorowy rysunek, biała otoczka plamek na końcach skrzydeł motyla w brązowo-rudym kolorze walczyła z bielą poduszek, bielą włosów, czułki sterczały dumnie i nieporuszenie. Motyl przysiadł na moment, ale widać spodobało mu się tutaj, siedział jak niepotrzebnie wpięta w poduszki broszka.

Ja też siedziałam – na tarasie jedynego hotelu, hotelu na plaży, wybudowanego w czasach, kiedy nie obowiązywały jakiekolwiek przepisy ochrony przyrody, sto metrów od brzegu, myślę, że w czasie sztormu fale musiały podbiegać pod ten luksusowy taras i opluwać go ze zdwojoną siłą.

Teraz morze było spokojne jak śpiące dziecko. I ciche. Tuż przy brzegu, raz na jakiś czas, tworzyła się minimalna fala, podpełzała na piasek, wydawała z siebie krótkie taaa i znikała. Szum nie był jednostajny, tylko przerywany, szuuuu i… cisza, i… szuuuu… i cisza… I…

Od starej kobiety oddzielał mnie potrójny rząd zadbanych czerwonych begonii i pusty kosz plażowy z białego ratanu, wyściełany materiałem w niebiesko-białe pasy.

Powoli na taras schodzili się hotelowi goście. Po groźną tabliczką informującą: Only for hotel guests i Please return towels to the Spa reception on level 1, rozkładali na białych łóżkach ręczniki, kładli gazety i torby, książki.

– Chciałam znaleźć Dostojewskiego, ale było tylko to. – Pani w fioletowym kostiumie wkładała okulary do czytania, a jej koleżanka mościła się na sąsiednim łóżku.

– Aha – powiedziała pani w fioletowym i przeniosła się bliżej tabliczki Only for hotel guests.

Na dole plaża ożywiała się małymi dziećmi i biegającymi za nimi matkami, których skąpe kostiumy odsłaniały ponętne jeszcze pośladki i piersi.

– Będzie słońce – zauważyła jedna.

– Może tak – potwierdziła ochoczo druga.

Napływali następni goście. Zdecydowanie obniżałam średnią wieku. Tutaj, wyżej, było miejsce starszych ludzi, a jeszcze wyżej, dwa schodki wyżej, miejsce starej kobiety. Która leżała przy motylu.

Mojej matki nie wzięłam nad morze, kiedy jeszcze mogłam.

Nie przyszło mi to do głowy.

Bielusieńkie włosy staruszki układały się w sprężynki, albo same się układały, albo układał je fryzjer. Spa na dole oferowało masaże, zabiegi, manicure i pedicure, i na pewno czesanie.

Patrzyłam na morze i starą kobietę.

Moja matka nie była nigdy taka stara.

Zazdrościłam wszystkim, którzy mieli matki. Patrzyłam na małe dzieci w ramionach tych młodych kobiet i wiedziałam, że one jeszcze nic nie rozumieją, one myślą, że będzie tak zawsze.

Ale na dorosłych ludzi, którzy opiekowali się swoimi rodzicami, patrzyłam z zazdrością. Że jeszcze ich mają. Że być może nie mogą się już przytulić, nie mogą być pogłaskani, nie mogą im się poskarżyć, nie mogą być wysłuchani, ale mogą ich przytulić, mogą ich pogłaskać, mogą ich wysłuchać, mogą ich zrozumieć.

Zazdrościłam im, nie tak jak młodym, którzy mieli młodość na własność, jak coś danego na zawsze, co do mnie nigdy nie wróci, nie, z tym byłam pogodzona i raczej z pogodną życzliwością na nich patrzyłam, tym nie zazdrościłam, raczej byłam pełna pogodnego pobłażania dla ich niewinnych złudzeń, ale zazdrościłam dorosłym starych rodziców.

– Jeśli będzie trzeba, wyślemy busa – męski głos mijał nas, siedzących na tarasie, głośny i zdecydowany. – O rany, to trzeba było skręcić przed pierwszym rondem w prawo i uciec… No, teraz to ja wam mogę wysłać busa, ale i tak macie do przejścia…

Motyl siedział koło starej kobiety i tylko lekkie powiewy wiatru naruszały jego spokój.

Mewy zachowywały się jak kaczki, opadły na spokojną wodę i jak małe bojki kołysały się łagodnie na wodzie.

Moja matka nie zdążyła się zestarzeć. Choroba wysysała z niej życie tak szybko, pozbawiając ją po kolei wszystkiego, co miało dla niej znaczenie.

Dzisiaj siedziałam nad morzem, nad które już nie mogła pojechać, patrzyłam na zielonkawą wodę, jak powoli zmieniała kolor. Widma dalekich dwóch statków kołysały się w powietrzu, woda przy horyzoncie pojaśniała. A może gdzieś tam daleko unosiła się mgła i iluzja dla mnie, tu na brzegu, stawała się prawdą, nie wiem.

Zaczynało być gorąco i duszno, słońce od czasu do czasu przedzierało się przez szary pancerz i chowało ponownie. Chmury płynęły cierpliwie z zachodu na wschód.

Dwie starsze panie opuściły ramiączka staników.

– Posmarować cię?

– Nie, nie, nie będzie z tego nic.

– Chyba wyjdzie.

– Nie, nie, zapowiadali, że nie.

Położyły się na brzuchach i rozłożyły szeroko nogi. Chropawe pięty wystawione bezwstydnie na pokaz były w konflikcie z ich wypielęgnowanymi dłońmi.

Doba w tym hotelu kosztowała tyle, ile najniższa krajowa miesięczna pensja. Tu nie było biednych ludzi. Przekroczenie progu, a właściwie szlabanu parkingowego, włączało przyjezdnych w grupę tych bogaczy, co to ich na wszystko stać.

Mnie było stać, ale nie miałam już matki, z którą mogłabym tu przyjechać.

Stara kobieta poruszyła się i z trudnością podciągnęła wyżej. Przestraszony motyl stulił skrzydła, a potem odfrunął. Jej koścista ręka powędrowała za głowę, poprawiła poduszkę. Na szponiastym palcu zaświecił pierścionek. Słońce na moment wychyliło się zza chmury i to wystarczyło, żeby z dużego brylantu wydobyć tęczowy błysk.

Moja matka pewnego wieczoru musiała ściągnąć pierścionek i obrączkę. Pierścionek pamiętałam od zawsze, odrobina srebra i okrągły duży bursztyn, obrączka ślubna była cienka i nie miała żadnej wartości. Razem wyglądały pięknie i matka nigdy ich nie zdejmowała, nawet do mycia naczyń.

– Schowaj, już ich nie założę… – powiedziała i potrzymała chwilę w dłoni swoją jedyną biżuterię. – Schowaj, proszę…

Włożyłam je do szuflady i tam przeleżały do jej śmierci.

Nigdy już ich nie założyła.

Kamień starej kobiety był duży i na pewno miał powyżej karata. Tylko brylanty mają taki blask.

Ale to miejsce nie było dla biednych ludzi, nie powinnam się dziwić. Stara kobieta między poduszkami poruszyła się i z trudnością podciągnęła wyżej. Zdziwiła mnie gęstość jej włosów, prawie nie widać było różowej skóry głowy, tych siwych włosów miała więcej niż moja dużo młodsza matka przed śmiercią.

Przyglądałam się jej z czułością.

Jaka byłaby moja matka, gdyby dożyła jej wieku?

Swojej nie wzięłam do luksusowego hotelu. Teraz kiedy bym mogła… jej nie było.

I nie mogła leżeć w ogrodzie wśród poduszek, jak ta stara kobieta tutaj, ponieważ jej płuca już nie lubiły leżenia na wznak.

Zazdrościłam dzieciom starej kobiety.

Na pewno z kimś tu przyjechała, żadnej podróży już nie mogła odbyć sama, to było pewne, więc ktoś o nią zadbał, pomyślał o niej ciepło, chciał, żeby zobaczyła jeszcze raz morze, póki jej oczy cokolwiek jeszcze rejestrują. Ktoś chciał, żeby jej najprawdziwsza starość, która jakimś cudem nastąpiła, była najwspanialsza, najbardziej luksusowa, najmilsza. Ktoś o niej myślał, ktoś ją kochał, pomimo jej zwiotczenia, skostnienia i wysuszenia.

Ktoś ją kochał tak, jak ja bym kochała swoją matkę.

Gdyby żyła.

Taras przechodził w restaurację, podłoga była tam wysypana piaskiem, i teraz, przy białych stołach nakrytych białymi obrusami, zaczynał się ruch.

Patrzyłam na starą kobietę, ruch w restauracji narastał, kelnerzy kręcili się jak w ukropie, brzęczały sztućce. Na stoły wjeżdżały krewetki, czarne i zielone oliwki, anchois, suszone i świeże pomidory, sery i ryby, polędwiczki i tuńczyk, kapary i granaty. Patrzyłam na starą kobietę, która poruszyła się, z wysiłkiem odwróciła głowę w stronę wejścia, powoli opuściła nogi, chude, szczapowate nogi pokryte cienkim białym lnem, który ukryć tej szczapowatości nie zdołał, podparła się na łokciu i podniosła do pozycji siedzącej. Teraz jeszcze bardziej starość wypełzła na zaokrąglone plecy, przyciśnięte wiekiem ku ziemi, ale oto dźwignęła się i chwiejnie, jak trzcina, ruszyła ku drzwiom do hotelu i zniknęła w windzie.

Kelnerzy wnosili ostatnie półmiski, ananasy i maliny, łosoś w szpinaku, sola w sosie cytrynowym, tuńczyk.

Ciąg dalszy znajdziesz tutaj